Kategorie
Bez kategorii

Recenzja filmu: „Człowiek z Ziemi”

×
  • Tytuł: Człowiek z Ziemi

  • Oryginalny tytuł: Man From Earth

  • Gatunek: Dramat / Fantastyka
  • Rok produkcji: 2007
„Głównym bohaterem filmu jest profesor John Oldman, mężczyzna z pozoru zwykły, który pewnego dnia rezygnuje z pracy na uniwersytecie i postanawia całkowicie zerwać z dotychczasowym życiem. Jego znajomi i przyjaciele, zdziwieni i zaniepokojeni tak nagłą decyzją przyjeżdżają się z nim pożegnać. Spytają go także o powody tak zdecydowanego kroku, a odpowiedź, którą usłyszą, okaże się cokolwiek dziwna. John przedstawi się bowiem jako człowiek mający za sobą już ponad czternaście tysięcy lat egzystencji, i roztoczy przed nimi wizję tak nieprawdopodobną, że trudno im będzie wziąć na poważnie którąkolwiek jej część…”

Wyobraźcie sobie sytuację, że ktoś kogo znacie od 10 lat i kogo macie za swojego przyjaciela, pewnego dnia oznajmia wam, że musi wyjechać na zawsze, a przyciśnięty o powody takiej decyzji – wyjawia wam skrzętnie skrywaną tajemnicę, że tak naprawdę żyje na tym świecie od 14 000 lat i pamięta jeszcze czasy człowieka jaskiniowego… Jak byłaby wasza reakcja? Śmiech? Szyderstwa? Niedowierzanie? Podejrzewanie o głupi żart? A może jednak też ciekawość? Podobny scenariusz przedstawia nam „Man from Earth”, kameralna historia dziejąca się w środowisku uniwersyteckich inteligentów (a więc ludzi światłych), która pod względem formy bardzo przypominała mi „Sunset Limited”, ponieważ jest to także niskobudżetowy film, należący do gatunku tych „interesująco przegadanych”. Jakaś liniowa akcja tutaj nie istnieje. Na samym początku główny bohater przyznaje się swoim uniwersyteckim przyjaciołom, których ma zamiar opuścić (wyjeżdża na zawsze), odnośnie własnej przeszłości, a później wszystko toczy się na zasadzie rozmów, pytań, odpowiedzi i opowieści snutych przez naszego „jaskiniowca”. Oczywiście przyjaciele nie wierzą w historie bohatera i powątpiewając, usiłują podważać retrospekcje „jaskiniowca”, które im dłużej snute, tym bardziej – wbrew rozsądkowi – wydają się układać w dość logiczną całość… Czy więc „jaskiniowiec” mówi prawdę i jest fenomenem – osobnikiem, którego ciało przestało się starzeć w wieku 35 lat, 14 000 lat temu? Czy może jest to jednak osoba cierpiąca na zaburzenia psychiczne, która pogubiła się w kwestii własnej tożsamości? A może to po prostu pożegnalny żart głównego bohatera i ostatnia próba „wkręcenia” przyjaciół?

To co jest najciekawsze w filmie, to poruszona kwestia wiary, Boga, Jezusa, Biblii i Apostołów. Oczywiście nie mogło zabraknąć pytań na te tematy (skoro bohater usiłuje wmówić przyjaciołom, że żył także w tamtych czasach), a „jaskiniowiec” w dość interesujący sposób (ciekawa wizja reżysera) wyjaśnia jak wyglądały te sprawy 2000 lat temu… Poza tym – mamy też dość interesujące spojrzenie przedstawione przez „jaskiniowca” na pewne sprawy związane z historią planety, cywilizacji, czy kondycją ludzkiego gatunku, ponieważ bohater – wg tego co mówi – wie o tym z „pierwszej ręki” (bo żył w tamtych czasach).

Film poza dobrym pomysłem, ciekawą tematyką i nieszablonową formą ma też niestety wady. Pierwszą z nich jest fatalna, patetyczna muzyka puszczana w momentach najważniejszych motywów opowieści „jaskiniowca”. Słaby, infantylny zabieg, mający chyba dać znać tym „mniej inteligentnym” widzom, że właśnie teraz będzie „ważne”. Nie lubię takiego ewidentnego „braku zaufania” ze strony reżysera co do bystrości widza. Drugim z minusów jest wg mnie niezbyt przekonująca gra aktorska głównego bohatera (już drugoplanowi wypadli jak dla mnie ciekawiej), który jakoś nie potrafił mnie ująć swoją rolą. Nie to żeby była ona jakaś fatalna (bo jest w miarę poprawna), ale facet po prostu ją odegrał i nic więcej (słaba gra twarzą. David Lee Smith jedzie przez cały film niemal na jednej „minie”), nie wytwarzając przy tym zbytniej aury tajemniczości, która niczym mgła powinna spowijać tak wyjątkową postać (od razu przypomina mi się osoba Prot’a z genialnego „K-Pax’a”, która to wciągnęłaby aktorsko naszego „jaskiniowca” jedną dziurką od nosa i wydmuchnęła drugą. Jednak Kevin Spacey to aktorsko klasa osiągalna tylko dla niewielu). Trzecim – last not least – z minusów jest niestety rzecz dla mnie najistotniejsza w tego typu produkcjach, czyli zakończenie. Reżyser po raz kolejny poddał w wątpliwość bystrość widza i zaserwował nam chamskie, zamknięte zakończenie, brutalnie stawiające kropkę nad „i” i nie pozostawiające żadnego pola dla własnej interpretacji. To niestety duży błąd, bo gdyby film skończył się 5 minut wcześniej, widz pozostałby z kilkoma pytaniami, na które sam musiałby sobie odpowiedzieć i film zdecydowanie na dłużej zapadłby mu w pamięć, a tak dostajemy rozwiązanie podane na tacy i nie ma tego niesamowitego elementu niepewności odnośnie faktu, czy nasza interpretacja jest aby na pewno właściwa.

Szkoda powyższych niedociągnięć, bo film pod kątem pomysłu i formy (uwielbiam niskobudżetowe, ciekawie przegadane produkcje) miał potencjał na wyższą ocenę, a przez to niestety nie mogłem mu wystawić więcej niż 7/10, choć mimo to jest on z pewnością pozycją wartą obejrzenia i powinien usatysfakcjonować niejednego fana dramatów z domieszką fantastyki, okraszonych lekką nutką filozofii i psychologii.
Ocena Autora: 7
Autor: Raven
Zobacz trailer
Nowości filmowe - Premiery filmowe
Szukasz serialu - Znajdź serial dla siebie
Katalog filmowy - Katalog z filmami
Szukaj filmu - Znajdź film dla siebie
Kategorie
Bez kategorii

Recenzja filmu: „1900: Człowiek legenda”

  • Tytuł: 1900: Człowiek legenda

  • Oryginalny tytuł: La leggenda del pianista sull’oceano

  • Gatunek: Dramat
  • Rok produkcji: 1998
„Jest rok 1900. Ciemnoskóry marynarz luksusowego transatlantyku Virginian, Danny (Bill Nunn), przypadkowo znajduje w jednej z sal skrzynię, a w niej porzucone niemowlę. Nadaje mu imię „1900” i postanawia zatrzymać przy sobie. Chłopiec wychowuje się w kotłowni, pozostając w ukryciu aż do chwili, kiedy jako ośmiolatek dostaje się do pomieszczeń pierwszej klasy, siada przy pianinie i daje koncert, który swoją wirtuozerią poraża słuchaczy. Od tego czasu genialny muzyk-samouk (Tim Roth) staje się atrakcją statku. Wieść o jego cudownym talencie rozchodzi się szybko, ludzie przemierzają setki kilometrów, żeby móc go posłuchać. Jednak 1900 nie jest w pełni szczęśliwy. Zaczyna marzyć o tym, aby kiedyś zejść na stały ląd, choć jednocześnie lęka się tego momentu…”

Jeżeli miałbym określić ten film jednym słowem, postawiłbym chyba na słowo „magiczny”. Jest wiele przymiotników oddających doskonałość tego obrazu, ale powyższy chyba najwierniej oddaje prawdziwą jego istotę…

Przyznam szczerze, że czytając opis „1900”, stwierdziłem że raczej nie będzie to nic, co by mnie mogło zainteresować i gdyby nie nazwisko reżysera (Giuseppe Tornatore, twórca takich obrazów jak chociażby „Cinema Paradiso”, „Czysta Formalność” czy „Malena”), to pewnie popełniłbym jeden z największych filmowych błędów w moim życiu i go nie obejrzał.

Do „1900” zasiadłem bez żadnych większych oczekiwań (ot, na zasadzie: „to film Tornatore, wypadałoby go znać, ale fajerwerków pewnie tu akurat nie będzie”), a po kilku minutach siedziałem oczarowany, dając się całkowicie porwać opowieści snutej przez tego wybitnego Włocha.

Niby historia jest bardzo prosta (mamy tutaj opowieść o cudownym dziecku, które porzucone na statku i nigdy nie będące na stałym lądzie, przejawia genialny talent muzyczny i swoją grą na fortepianie potrafi rzucić na kolana słuchaczy), ale jakże jest ona opowiedziana! Po tym właśnie można poznać geniusz reżysera, że najprostszą historię potrafi opowiedzieć w taki sposób, aby widz siedział z otwartmi ustami niemal przez 2 godziny czasu trwania filmu.

W „1900” mamy tak naprawdę dwóch bohaterów. Jednym z nich jest tytułowy 1900 (świetna rola Tima Roth’a), a drugim muzyka, która – zaręczam! – będzie potrafiła porwać nawet widzów nie przepadających za „fortepianowym pukaniem w klawisze” (wiem, bo sam się do nich zaliczam). Muzyka, która wprowadza ten nastrój pełen nostalgii, zadumy i magii. Która potrafi przekazać więcej niż niejeden dialog (w końcu skomponował ją sam Ennio Morricone, a to chyba najlepsza rekomendacja), dzięki której bohater nie musi operować sloganami i uzewnętrzniać swoich uczuć, używając słów (najprostsze i najczęściej stosowane rozwiązanie w filmach), a widz i tak cały czas czuje jego wielkie wyobcowanie i przepełniającą go samotność. Bo tak na prawdę, 1900 pomimo tego całego uwielbienia go i jego genialnego talentu przez tłumy, jest cały czas sam. Co rejs zmienia się załoga i pasażerowie, a on pozostaje na tym samym statku… Genialny, nierozumiany, samotny, pełen obaw i tęsknot. Wyobcowany człowiek, który w głębi duszy marzy o poznaniu „stałego lądu”, ale obawa o stawieniu czoła obcemu, nieznanemu światu, którego nigdy nie widział – paraliżuje go i nie pozwala opuścić statku. Swoje lęki i tęsknoty wyraża poprzez dźwięki, które pasażerowie podziwiają, ale nie potrafią dostrzec, co się za nimi kryje. Często wielki talent i wielka samotność idą ze sobą w parze, bo jednostki genialne rzadko są rozumiane przez ogół. Tutaj ludzie dziwią się dlaczego 1900 nie opuszcza statku, skoro mógłby zrobić karierę i zbić majątek w branży muzycznej – zupełnie nie pojmując, że ktoś może do tego typu materialnych dóbr nie przykładać większej wagi… Rewelacyjnie wręcz jest pokazana tu owa samotność genialnego muzyka. Tak na prawdę nie pada na jej temat chyba ani jedno słowo, a reżyser poprzez obraz i przede wszystkim muzykę, potrafił sprawić, że każdy widz, mający w sobie choć odrobinę więcej wrażliwości niż pieniek drewna, będzie potrafił wyłapać ją z biegu. Nie, nie wyłapać… Poczuć.

Film pod kątem aktorskim jest bez zarzutu. Tim Roth stworzył świetną, przemawiającą do widza postać, która jest bardzo prostolinijna i zagubiona (nie zapominajmy, że 1900 od urodzenia jest na statku i nie pobierał nigdzie nauk, ani nie bywał na światowych salonach), ale niezaprzeczalnie także inteligentna i uzdolniona. 1900 to człowiek, na którego patrząc – wręcz jesteśmy pewni, że zrobiłby furorę na „stałym lądzie” i dał radę rzucić świat na kolana. Niestety sam 1900 nie jest tego pewny i w tym tkwi jego największy dramat. Dopiero poznanie dziewczyny, która rozbudza w muzyku nieznane wcześniej uczucia, powoduje, że 1900 postanawia w końcu opuścić statek i zmierzyć się z obcym światem (REWELACYJNA scena schodzenia bohatera ze staku na ląd po trapie!), ale czy miłość jest w stanie zwyciężyć ze strachem, który paraliżuje duszę bohatera od najmłodszych lat?

To co – mówiąc kolokwialnie – urywa jaja, to liczne sceny, które są nakręcone tak genialnie, że same w sobie stanowią małe, filmowe dziełka. Scena pojedynku fortepianowego (jedna z najlepszych jakie widziałem w ogóle w filmach), gry na jeżdżącym, po całej balowej sali, fortepianie (podczas szalejącego sztormu), opisywania ludzi poprzez muzykę (bohater wskazywał pasażerów i „opisywał” ich osobowość za pomocą muzyki… REWELACJA!), scena gdy bohater po raz pierwszy widzi dziewczynę, którą pokochał i zaczyna komponować muzykę, wyrażającą jego własne uczucia (powalające!), czy wyżej wspomniana scena zejścia po trapie na ląd – po prostu miażdżą i rzucają na kolana. Widząc takie perełki, dokładnie wiem dlaczego kocham kino!

Tornatore stworzył film, który po prostu mnie oczarował i zagrał na moich uczuciach, niczym 1900 na swoim fortepianie. Przepiękną, nostalgiczną podróż w przeszłość (wszystko widzimy na zasadzie retrospekcji i wspomnień jedynego przyjaciela 1900), pełną urzekającej muzyki, ale i przepełnioną smutkiem oraz wyobcowaniem głównego bohatera, dla którego muzyka była jedynym światem jaki znał. Czy jednak, ktoś tak wrażliwy i oderwany od rzeczywistości, miałby szanse przetrwać w naszym zimnym, brutalnym świecie? Każdy musi na to pytanie odpowiedzieć sobie sam, bo Tornatore uwielbia stawiać pytania, ale wierząc w inteligencję swoich widzów – rzadko daje na nie gotowe odpowiedzi…

Reasumując – polecam „1900” każdemu, kto ma w sobie choć odrobinę wrażliwości (bez tego, film nie da rady „użyć swej magii” i „nie zagra”), bo to prawdziwa uczta dla zmysłów i niesamowite filmowe doznanie.
Ocena Autora: 9
Autor: Raven
Zobacz trailer
Nowości filmowe - Premiery filmowe
Szukasz serialu - Znajdź serial dla siebie
Katalog filmowy - Katalog z filmami
Szukaj filmu - Znajdź film dla siebie
Kategorie
Bez kategorii

Recenzja filmu: „Ścieżki Chwały”

  • Tytuł: Ścieżki Chwały

  • Oryginalny tytuł: Paths of Glory

  • Gatunek: Dramat / Wojenny
  • Rok produkcji: 1957
„Rok 1916. Linia frontu w zachodniej Europie, gdzieś pomiędzy Francją a Niemcami. Akcja rozpoczyna się od spotkania dwóch generałów armii francuskiej. Gen. George Broulard, kusząc gen. Paula Mireau perspektywą rychłego awansu, nakłania go do niemal samobójczego zaatakowania niemieckich pozycji na wzgórzu Ant Hill. Ten, jak na odważnego dowódcę przystało, gotów jest walczyć do ostatniej kropli krwi… swoich ludzi. Wysyła oddział na pewną śmierć, dowodzenie akcją powierzając pułkownikowi Dax (rewelacyjny Kirk Douglas). Pułkownik dzielnie kieruje atakiem, ale gdy wie już, że sprawa jest przegrana, odwołuje ludzi, nie bacząc na rozkazy „z góry”. „Góra” zadowolona być nie może, czemu daje upust, stawiając trzech żołnierzy przed sądem wojennym za tchórzostwo. Ich ukaranie, a jakże, karą śmierci, ma być przestrogą dla innych. Obrony oskarżonych podejmuje się pułkownik Dax…”

Trafiłem na ten film nadrabiając braki z filmografii Stanley’a Kubricka i muszę przyznać, że „Paths of Glory” całkowicie mnie rozwalił. Nie jest żadną nowością, że Kubrick często przemycał w swoich obrazach treści anty-wojenne („Dr Stangelove”, „Full Metal Jacket”), ale „Ścieźki Chwały” to prawdziwy „krzyk protestu” reżysera przeciwko absurdowi wojny i manifest celujący w hipokryzję ludzi, którzy czerpią z niej korzyści, traktując podległych sobie żołnierzy jak pionki na szachownicy, które bez mrugnięcia okiem można zawsze poświęcić (i zastąpić nowymi).

Już od samego początku widz zostaje zasypany kuriozalnymi, epatującymi głupotą i bezdusznością sytuacjami gdzie generalicja postanawia się „wykazać” i zdobyć mało znaczące wzgórze, bez względu na koszta i ilość przelanej krwi… oczywiście nie własnej, lecz podległych żołnierzy. Wątpliwości jednego z Generałów (jest świadomy ogromu strat w ludziach jakie przyniesie ten atak) zostają szybko rozwiane przez obietnicę awansu. Przekonany Generał bez mrugnięcia okiem przekazuje mającemu poprowadzić atak Pułkownikowi, że przewiduje straty rzędu 60%, ale jakże wspaniałym, patriotycznym czynem będzie zdobycie owego wzgórza! Tego typu motywy to dopiero „gra wstępna”, bo im dalej – tym bezmyślność, hipokryzja i nieludzkość „wojowników zza biurka” większa. I tak o to Generał widząc cofających się do okopów (pod ostrzałem Niemców) żołnierzy, wydaje rozkaz artylerii aby ostrzelała własne pozycje, aby zmusić żołnierzy do samobójczej szarży, a zirytowany nieudanym atakiem, nakazuje Pułkownikowi wybrać 3 żołnierzy, którzy za tchórzostwo staną przed sądem wojennym i najprawdopodobniej będą rozstrzelani, aby dać przykład innym. Sam proces żołnierzy to oczywiście jedna wielka farsa…

Nie chcę zdradzać więcej szczegółów, ale tego typu sytuacje ogląda się wprost z szokiem i niedowierzaniem. Są one tak idiotyczne, tak całkowicie pozbawione cech wszelkiego człowieczeństwa (skurwysyństwo pierwszej wody, mówiąc kolokwialnie), tak chore, że aż ciarki przechodzą po plecach a pięści zaciskają się same. Kubrick doskonale portretuje wojskową „wierchuszkę” jako dużych chłopców bawiących się w wojenkę, którzy pod płaszczykiem „patriotyzmu” i patetycznych haseł wysyłają ludzi na rzeź dla jakichś durnych idei, lub aby popisać się przed prasą, że nadal wygrywają w tej wojnie. To odhumanizowani osobnicy niegodni miana człowieka, którzy dla uzyskania awansów, czy w imię jakichś wydumanych celów lub pokręconych wartości są w stanie poświęcić każdą ilość własnych żołnierzy. Co im tam! W końcu to nie oni giną, a walczący poświęcają się przecież ku chwale ojczyzny…

Powiem szczerze, że „Ścieżki Chwały”, to obok „Łowcy Jeleni” chyba najlepszy film anty-wojenny jaki dane mi było obejrzeć. Jego moc przekazu i ogrom sytuacji mających ukazać bezsens wojny oraz głupotę osób za nią odpowiedzialnych – kopie prosto w twarz! Film pomimo, że niezbyt długi (trwa niespełna 1,5 godziny, gdzie przy tego typu produkcjach 2-3 godziny są niemal standardem), to zawiera wszystko co potrzebne, aby wstrząsnąć widzem i postawić mu kilka nurtujących kwestii, o których długo nie zapomni po seansie.

Tak jak „Dr Strangelove” był manifestem przeciwko wojnie za pomocą kpiny, szyderstwa i przekoloryzowania niektórych sytuacji, tak „Paths of Glory” jest zdecydowanie „4 real”. Tutaj nie ma miejsca na żarty, bo to co widzimy na ekranie jest po prostu wyjątkowo smutne i przerażające (ogrom głupoty powala). W mowie końcowej, Pułkownik grany przez Douglasa, stwierdza, że są chwile, kiedy wstydzi się, że należy do rasy ludzkiej… Trudno się z nim nie zgodzić, oglądając ten niesamowity film Kubricka.

Podsumowując dodam tylko, że gra aktorska jest tu bez zarzutu, dialogi świetne a praca kamery – doskonała (Stanley K. zawsze w tej kwestii brylował). Nie przepadam za filmami wojennymi (choć dobrym kinem wojennym także nie pogardzę), ale ten mnie po prostu rzucił na kolana swoją realizacją (nie ma ani jednej zbędnej sceny a niesamowita, kontrastująca z całością filmu końcówka, pozostawia widza na długo w ciszy, z mnóstwem myśli w głowie), ponadczasowością (film jest z 1957 roku a nie stracił nic ze swojej aktualności) oraz przesłaniem. Polecam wszystkim z czystym sumieniem!
Ocena Autora: 9
Autor: Raven
Zobacz trailer
Nowości filmowe - Premiery filmowe
Szukasz serialu - Znajdź serial dla siebie
Katalog filmowy - Katalog z filmami
Szukaj filmu - Znajdź film dla siebie
Kategorie
Bez kategorii

Recenzja filmu: „Witness for the Prosecution„

  • Tytuł: Witness for the Prosecution

  • Oryginalny tytuł: Witness for the Prosecution

  • Gatunek: Dramat / Thriller Sądowy
  • Rok produkcji: 1957
Dawno nie oglądałem tak świetnego dramatu sądowego, z genialnie zagranymi rolami aktorskimi, ciekawą intrygą i miażdżącym zakończeniem. Nie chciałbym uderzać w ton moralizatorski i korzystać ze sloganu, że „teraz już się takich filmów nie kręci”, ale oglądając tą nakręconą w 1957 roku przez niesamowitego Billy’ego Wildera perełkę, nie sposób oprzeć się takiemu wrażeniu (przyznam, że musiałbym mocno wysilić pamięć aby z biegu przywołać tytuł dramatu sądowego nakręconego w ostatnich latach, który zrobił na mnie podobne wrażenie, pod kątem tak treści jak i wykonania).

Główny bohater to weteran sal sądowych, który wraca po zawale i ma zabronione prowadzenie spraw kryminalnych, ze względu na stan serca. Facet jest pulchny, lubi zakurzyć cygaro (czego mu nie wolno), wypić kielicha (czego tym bardziej mu zabroniono) i jest tak bardzo złośliwym, kąśliwym i gburowatym skurczybykiem, że trudno go nie polubić 😀 Adwokat, uwielbiając wyzwania, podejmuje się niemal skazanej na porażkę sprawy (sam nie do końca jest przekonany o niewinności klienta), która znajduje finał na sali sądowej, gdzie dochodzi do niesamowitego pojedynku oskarżyciela z obrońcą…

Temat niby mało odkrywczy i trącący sztampą (należy jednak zwrócić uwagę w którym roku był kręcony ten obraz), ale rozpisanie postaci i sposób ich odegrania, to prawdziwe mistrzostwo świata. Charles Laughton w roli głównego bohatera jest na równi błyskotliwy co cyniczny i uszczypliwy. Marlene Dietrich – zimna, posągowa, wyniosła, oddająca idealnie to, co powinno cechować femme fatale. Elsa Lanchester (nagrodzona za tą rolę Złotym Globem), grająca pielęgniarkę Sir Wilfrida – upierdliwa, nadopiekuńcza, wnosząca elementy humorystyczne do poważnej treści filmu (niesamowita rola. Idealny, równorzędny „przeciwnik” dla usiłującego obchodzić jej zakazy Sir Wilfrida). Tyrone Power – niesamowicie realistycznie potrafiący oddać to, że może i jest bawidamkiem oraz liczył na pożyczkę pieniędzy od zabitej kobiety, ale nie jest mordercą i nikogo nie zabił (świetnie oddał dwoistość swojej postaci. Nie ukrywa, że kusiła go kasa starszej pani, ale zarazem przekonuje – że chciał ją dostać za jej zgodą a nie posuwając się do przemocy).

Film warsztatowo wykonany jest bez zarzutu. Nazwisko reżysera mówi samo za siebie (Billy Wilder). Oprócz aktorstwa i strony wizualnej, wisienką na torcie jest niesamowite, potrafiące mocno zaskoczyć zakończenie, które powinno usatysfakcjonować nawet najbardziej wybrednego widza. Aż mnie korci, żeby napisać coś więcej, ale nie chcę nikomu zepsuć zabawy. Powiem tylko tyle, że film ma zdrowo ponad 50 lat i po jego powstaniu nakręcono tysiące innych filmów, a jego końcówka – nawet dzisiaj potrafi zaskoczyć, co jest dla mnie niesamowitym atutem „Świadka Oskarżenia”. Jeżeli ktoś gustuje w dramatach sądowych, ceni sobie wyśmienite aktorstwo, wyraziste postacie oraz powalające zakończenia, a ponadto nie kręci nosem jeżeli film jest czarno-biały (znam i takie osoby), to „Witness for the Prosecution” jest zdecydowanie dla niego. Mnie ten film urzekł. Nawet pomimo tego, jak dawno temu został nakręcony – nadal potrafi oczarować widza. Tylko nieliczni reżyserzy potrafią nakręcić klasyka, który przetrwa taką próbę czasu…

Ocena Autora: 9
Autor: Raven
Zobacz trailer
Nowości filmowe - Premiery filmowe
Szukasz serialu - Znajdź serial dla siebie
Katalog filmowy - Katalog z filmami
Szukaj filmu - Znajdź film dla siebie
Kategorie
Bez kategorii

Recenzja filmu: „Czyż nie dobija się koni?”


  • Tytuł:

    Czyż nie dobija się koni?

  • Oryginalny tytuł:

    They shoot horses, don’t they?
  • Gatunek: Dramat
  • Rok produkcji: 1969
Dość długo omijałem ten film szerokim łukiem sądząc, że miałbym tu do czynienia z jakąś filmową hybrydą „Tańca z gwiazdami”, co szczerze mówiąc – zupełnie mnie nie pociągało. Bazując na samym opisie filmu, popełniłbym ogromny błąd odpuszczając sobie to znakomite dzieło, na szczęście jednak nazwisko reżysera (Sydney Pollack) i pochlebne opinie przekonały mnie, aby zaryzykować i cholera… ten film mnie po prostu zmasakrował!

Bo tak na prawdę obraz Pollacka nie jest o żadnych tańcach. „Czyż nie dobija się koni?” to jedna wielka hiperbola, gdzie „parkiet” jest symbolem naszego życia, „taneczny maraton” – alegorią wyścigu szczurów, w którym większość z nas codziennie – chcąc, nie chcąc (różne bywają pobudki) – bierze udział, a „tancerze” symbolizują zwykłych ludzi, takich jak my (przykład typowego everymana), którzy dla poprawy własnego bytu, korzyści materialnych, zaspokojenia własnej próżności, a czasami po prostu z musu – nie cofną się przed niczym, idąc po trupach, rezygnując z własnej godności, chadzając na kompromisy z samym sobą, aby tylko osiągnąć upragniony cel i poczuć się choć przez chwilę lepszym niż inne szczury biorące udział w wyścigu. Tylko czy finalna nagroda będzie tego warta?

Reżyser na przykładzie maratonu tanecznego (gdzie tańczy się do upadłego, aż pozostanie na parkiecie tylko jedna para), trafnie i z goryczą pokazuje nam najgorsze strony człowieka, który niczym małpa w cyrku – zrobi wszystko aby w końcu dostać upragnionego banana. Wydawać by się mogło, że tego typu pląsanie, to nic wielkiego, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, że pary średnio tańczą – z niewielkimi przerwami – zdrowo ponad 1000 godzin, dostajemy obraz „ludzkich zombie”, którzy wyglądają jak wrak człowieka, słaniając się na nogach ze zmęczenia i poruszając w takt muzyki, z pustką w oczach, w tym chocholim tańcu – walczą do samego końca, bo odpadnięcie z konkursu jest dla nich przerażające niczym sama śmierć (niesamowita scena, kiedy jedna z tancerek usiłuje podnieść partnera, który nie wytrzymał i „padł”, histerycznie wrzeszcząc i okładając go pięściami, jakby chodziło tu o życie, a nie jakiś głupi konkurs).

Żeby jeszcze bardziej dosadnie przedstawić ludzkie zezwierzęcenie, Pollack przedzielił rundy „taneczne” turnieju, rundami, gdzie pary muszą biec przez 10 minut po okręgu, a ostatnie 3 pary odpadają z turnieju. Te etapy są chyba najbardziej przerażające, bo oto kobieta w ciąży wlecze swojego ledwo trzymającego się na nogach partnera, byle tylko nie być w ostatniej trójce; Starszy Mężczyzna („Marynarz”), wyglądający jakby zaraz miał paść na zawał, wraz ze swoją partnerką także biegnie ile sił w nogach, stawiając na szali swoje zdrowie i życie; filigranowa Gloria siłą ciągnie swojego partnera, którego złapał skurcz, bo zostało jeszcze „tylko” 2 minuty do końca tego etapu wyścigu… W międzyczasie oglądamy wszystko to, co w przenośni mówimy o „wyścigu szczurów” (z tym, że tu mamy to pokazane dosłownie), czyli – przepychanki, torowanie sobie drogi łokciami, deptanie tych, którzy padli na ziemię, oraz wykrzywione wyczerpaniem i nienawiścią twarze osób, które dały sie wyprzedzić. A nad tym wszystkim unoszą się dźwięki muzyki jaką często słyszy się w cyrku (świetny zabieg reżysera), oraz krzyki rozochoconej widowni, która dopinguje swoich faworytów i po prostu bawi się w najlepsze… Te chore wizje na długo pozostają w pamięci.

„Czyż nie dobija się koni?” oprócz ewidentnej krytyki konsumpcyjnego stylu życia i parcia na sukces za wszelką cenę, to także negatywne spojrzenie na odbiorców tego typu spektakli (reżyser pewnie nawet nie podejrzewał, że w przyszłości powstanie coś takiego jak reality show, gdzie ludzie za kasę będą np. jeść różne obrzydlistwa, czy taplać się w robalach). Wiadomo, że gdyby nie było popytu na tego typu przedstawienia, to i nie byłoby ich podaży. Ludzie jednak od wieków pożądali „chleba i igrzysk”, aby mieć rozrywkę cudzym kosztem, czy poczuć się choć przez chwilę lepiej niż uczestnicy tego typu „przedstawień” (świetna scena w filmie, kiedy „Prowadzący” tłumaczy tą kwestie Glorii). Kiedyś byli Gladiatorzy, później turnieje takie jak ten, przedstawiony w filmie, a obecnie – mamy reality show… Aż strach pomyśleć, co może czekać nas w przyszłości… Reżyser nie pozostawia suchej nitki na „widzach turnieju”, którzy „uczestników” traktują jak zwierzęta cyrkowe, czasem nagradzając rzucanymi drobniakami (smutny obraz, kiedy uczestnicy skrzętnie i z zachłannością rzucają się, aby zbierać z podłogi tą groszową jałmużnę).

Przekaz filmu, jak i sam jego świetny tytuł są miażdżące. Człowiek często jest odgórnie skazany na bycie uczestnikiem wyścigu szczurów i czy chce tego, czy nie – musi brać w nim udział, bo tak jest to wszystko poukładane. Jest skazany na wypruwanie sobie żył, chadzanie na kompromisy z samym sobą, robienie rzeczy na które wcale nie ma ochoty, aby np. utrzymać pracę i mieć za co wyżywić rodzinę. Mimo, że wypalony i zdający sobie sprawę, że pogubił się gdzieś po drodze, stając się kimś, kim nigdy nie chciał być – musi „tańczyć” dalej, bo wywieszenie „białej flagi” spowoduje wyłącznie powolne dogorywanie poza nawiasem społeczeństwa (które tak, a nie inaczej funkcjonuje) i w tym przypadku nie może on nawet liczyć na cios miłosierdzia, które ukróci jego „cierpienie”, jak czasem dzieje się to w przypadku rannych zwierząt. Tutaj nie ma prostych rozwiązań, a przedstawienie „tanecznego turnieju życia” musi trwać dalej – z nami, lub bez nas. Tak było kiedyś, jest teraz i będzie zawsze. Niesamowita i zarazem przerażająca jest właśnie ta ponadczasowość filmu Pollacka.

To co jeszcze na plus cechuje film, to bardzo dobra gra aktorska (zwłaszcza w wykonaniu Pań – Jane Fondy i Susannah York), oraz mocna, bardzo dobrze komponująca się z całością, końcówka, która (oraz końcowy dialog) potrafi wstrząsnąć widzem.

Żeby nie było tak idealnie, to film nie ustrzegł się kilku niedociągnięć. Najpoważniejszym z nich jest brak psychologicznego pogłębienia postaci głównej bohaterki (Gloria), o której tak naprawdę niewiele wiemy (zwłaszcza o jej przeszłości), co może prowadzić do tego, że niektórzy widzowie nie zrozumieją (lub będą je podważać) motywów jej postępowania w kilku kluczowych momentach. Podobno świetnie jest to wytłumaczone w książce (film jest na podstawie powieści Horace’a McCoy’a), ale reżyser nie położył na to większego nacisku, licząc że widz weźmie to „na klatę” (mi się jakoś udało, ale czytając opinie na FilmWebie, to nie każdy posiada w sobie taką dawkę empatii ), co niekoniecznie sprawdza się w praktyce. Poza tym – film jest męczący. Od razu zaznaczam: „męczący” – nie mylić z „nudnym”. Wg mnie Sidney Pollack zrobił to celowo, tak prowadząc kamerę, aby widz był niemal „fizycznym” uczestnikiem tego morderczego turnieju i niemal cieleśnie odczuwał zabójczy wysiłek jego uczestników. Dla niektórych może być to wadą, ponieważ przez to seans traci na tempie, nie jest „przyjemną rozrywką”, a w pewnych momentach chciałoby się po prostu wręcz krzyknąć: „Dość! Wystarczy! Odpuścicie już sobie! To nieludzkie!”. Jednak przez taki zabieg film potrafi zaangażować widza całkowicie i sprawić nie tylko żeby zastanowił się nad tym, co chciał przekazać reżyser, ale także żeby to „poczuł” (niektórzy jednak mogą nazwać to „nudą”. Kwestia wrażliwości filmowej).

Reasumując – „Czyż nie dobija się koni?” to film wielki. Wielki przez swój uniwersalizm, wspaniałą metaforykę, oraz treści jakie stara się nam przekazać (były aktualne podczas tworzenia filmu, są aktualne obecnie i będą aktualne także w przyszłości). To jeden z tych obrazów, który potrafi poruszyć, bo choć wizja świata i człowieka przez niego przedstawiana jest gorzka i mocno pesymistyczna, to jednak jakże boleśnie prawdziwa. Bo wyścig szczurów trwa nadal i jak mówi „Prowadzący”: „Ile jeszcze potrwa? – Do ostatniej pary.”. Tak więc dopóki będzie istniał człowiek, ze swoją chorą, autodestrukcyjną mentalnością – nic się nie zmieni, bo w przeciwieństwie do okaleczonego konia, nikt go litościwie nie dobije. Niestety, w przeciwieństwie do tego, co twierdziła Gloria – z tej karuzeli nie da się wysiąść, bo kto raz podpisał cyrograf z diabłem, musi „tańczyć” w tym maratonie aż do samego końca. A czy koniec będzie dobry – to już inna historia…
Ocena Autora: 9
Autor: Raven
Zobacz trailer
 
Nowości filmowe - Premiery filmowe
Szukasz serialu - Znajdź serial dla siebie
Katalog filmowy - Katalog z filmami
Szukaj filmu - Znajdź film dla siebie
Kategorie
Bez kategorii

Recenzja filmu: „I Saw The Devil”

  • Tytuł: I Saw The Devil

  • Oryginalny tytuł: Akmareul boattda

  • Gatunek: Horror
  • Rok produkcji: 2010
„Yoo-yeon utknęła samochodem na zaśnieżonym bezludziu. Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi jej nieznajomy mężczyzna, który proponuje pomoc. Choć kobieta odmawia, on nie rezygnuje. W końcu odchodzi. Lecz jego samochód nie odjeżdża. W pewnym momencie mężczyzna rozbija szybę, dostaje się do wnętrza auta i kilkoma ciosami młotka pozbawia Yoo-yeon przytomności. Kilka dni później w okolicy zostaje odnalezione odcięte ludzkie ucho a w końcu głowa. Głowa Yoo-yeon. Brutalne morderstwo wstrząsa ojcem dziewczyny, emerytowanym detektywem oraz jego niedoszłym zięciem, Soo-hyeonem. Soo-hyeon jest tajnym agentem i narzeczonym zamordowanej dziewczyny. Poprzysięga nad grobem Yoo-yeon, że dorwie zabójcę i sprawi mu ból powielekroć większy niż ten, który zaznała w chwili śmierci ukochana. Soo-hyeon szybko wpada na trop sprawcy, którym okazuje się podejrzany o wiele okrutnych zbrodni Jang Gyeong-cheol. Rozpoczyna się krwawy, brutalny pojedynek między agentem a mordercą.”

Azjatyckie kino grozy od dawna słynie ze swej bezkompromisowości, czy to w podejściu do tematu, czy też w kwestii brutalności obrazów serwowanych widzowi podczas seansu. Na „I Saw The Devil” byłem napalony od dłuższego czasu, ponieważ film dostawał niesamowicie wysokie noty na wszelkich forach filmowych (średnia powyżej 8 na tak „surowym” forum jak IMDB mówi sama za siebie :wink:) a poza tym, towarzyszące mu kontrowersje (miał być chyba nawet zakazany w Korei ze względu na brutalność, albo przynajmniej mocno pocięty przez cenzurę) dodawały tylko smaczku.

Filmowi pod względem treści (zemsta) najbliżej do kultowego „Oldboya”, choć wg mnie jest to obraz o wiele ciekawszy od swojego koreańskiego brata (mniej mi trącił fantastyką, bo w Oldboy’u kolo rozwalający w pojedynkę kilkunastu typów trochę budził mój kpiący uśmieszek) i kopiący mocniej w twarz.

Największa zaleta, ale też i wada obrazu tkwi w jego prostocie (dla jednych będzie to „in plus”, dla innych – „in minus”), bo treść jest niemal banalna (reżyser uczynił to jednak z pełną premedytacją) i pozbawiona jakiejś większej głębi psychologicznej. Po jednej stronie mamy psychopatycznego, seryjnego mordercę, który pewnego dnia zabija „niewłaściwą” kobietę, a po drugiej – agenta specjalnego, normalnego, zwykłego faceta, który nad grobem zabitej narzeczonej, poprzysięga znaleźć psychola i zgotować mu takie piekło, aby zaznał on takiego strachu jak jego ofiara w momencie śmierci. Cała reszta filmu (a trwa on 2 godziny i 20 minut) to krwawa, psychologiczna gra pomiędzy dwoma głównymi bohaterami oraz krystalicznie wyfiltrowana esencja zemsty i pokaz tego, co potrafi ona uczynić z człowiekiem.

Wspomniałem, że film nie ma jakiejś większej psychologicznej głębi, ale nie jest to do końca prawda. Ta głębia teoretycznie jest, ale chodzi o to, że wnioski z niej wypływające są dość oczywiste i dla nikogo nie będą one jakimś wielkim odkryciem. Nie chciałbym zdradzać poszczególnych elementów filmu, żeby nie psuć Wam „zabawy”, ale jak ulał pasuje tutaj najbardziej chyba znana sentencja Nietzsche’go, mówiąca o tym, aby ten kto walczy z potworami, uważał, żeby samemu nie stać się potworem… Film świetnie pokazuje jak obsesyjna chęć wymierzenia sprawiedliwości, wyrównania rachunków oraz ukarania psychopaty, popycha głównego bohatera na skraj szaleństwa, sprawiając, że dopuszcza się on czynów, które czynią z niego potwora nie tak bardzo odstającego od mordercy, którego ściga – bo czyż motywacja może być tu usprawiedliwieniem? Teoretycznie widz kibicuje mścicielowi, jako temu „dobremu”, ale praktycznie to co widzimy na ekranie, to pojedynek dwóch odhumanizowanych jednostek, wypranych z jakichkolwiek zasad moralnych i społecznych. Potworów, które nie zawahają się przed niczym, aby zniszczyć swojego przeciwnika… Ciekawie pokazana też jest tu odpowiedź na pytanie, czy zemsta daje ukojenie i czy w takiej walce jaką podjął główny bohater można w ogóle wygrać? Ostatnia scena filmu stawia dosadnie kropkę nad „i” i pokazuje co reżyser myśli na ten temat…

„I Saw The Devil” jest filmem jak najbardziej godnym polecenia. Aktorstwo jest tu na najwyższym poziomie (zwłaszcza dwóch głównych antagonistów. W roli psychola – doskonały Choi Min-sik znany z tytułowej roli w „Oldboy’u”), ujęcia kamery świetne, dobrze dopasowana muzyka, emocje od samego początku do końca, a sceny brutalności (choć nie jest to klasyczne „torture porno” jak w np. „Guinea Pig”) potrafią niejednokrotnie potrząsnąć widzem (przecinane ścięgna Achillesa, rozrywana szczęka, policzek przebijany śrubokrętem, genitalia demolowane młotkiem itp.). Jedyny mój zarzut, to zbyt płytka warstwa psychologiczna (wolę jednak bardziej skomplikowane pod tym względem postacie) i mało odkrywcze wnioski, które dość łopatologicznie reżyser podaje widzowi na tacy (dla niektórych nie będzie to jednak wadą, zaręczam). Film mimo to jest jednak realizacyjnym majstersztykiem, który przez niemal 2,5 godziny ogląda się z zapartym tchem. Nie jest to jednak seans łatwy i przyjemny, ale mroczna podróż w odmęty ludzkiej nienawiści, w głąb umysłu opętanego rządzą zemsty, wendetty która zmienia wszystko a zwłaszcza mściciela, pozostawiając tylko trupy i zgliszcza oraz psychicznie okaleczoną skorupę „człowieka” (cudzysłów jak najbardziej zamierzony)…
Ocena Autora: 8
Autor: Raven
Zobacz trailer
Nowości filmowe - Premiery filmowe
Szukasz serialu - Znajdź serial dla siebie
Katalog filmowy - Katalog z filmami
Szukaj filmu - Znajdź film dla siebie
Kategorie
Bez kategorii

Recenzja filmu: „Cud w celi nr 7”


  • Tytuł: Cud w celi nr 7


  • Oryginalny tytuł: Yedinci Koguştaki Mucize

  • Gatunek: Dramat
  • Rok produkcji: 2019

„Memo (Aras Bulut Iynemli) to samotny ojciec wychowujący kilkuletnią córkę Ovę (Nisa Sofiya Aksongur). W wychowaniu córeczki pomaga mu babcia dziewczynki Fatma (Celile Toyon Uysal). Bez jej pomocy Memo nie dałby sobie rady, bo mentalnie zatrzymał się na poziomie kilkulatka. Mieszkając w niewielkim tureckim miasteczku nieźle sobie radzą, jak na te wszystkie przeciwności losu. Tyle, że prawdziwe przeciwności losu dopiero przed nimi. W wyniku nieszczęśliwego wypadku ginie córka wysoko postawionego wojskowego. Wszystkie dowody wskazują na to, że jej mordercą jest Memo. Ani się obejrzy, a już ląduje w tytułowej celi numer 7 czekając na wykonanie wyroku śmierci. Umieszczony wśród pospolitych kryminalistów Memo nie ma najłatwiejszego życia. Początek jest trudny, ale z czasem okazuje się, że koledzy spod celi orientują się, że ich nowy kolega nie jest mordercą dzieci. Postanawiają pomóc mu w tym, by mógł zobaczyć się z Ovą.”

Przyznam się szczerze, że dawno już nie trafiłem na film, który by mnie zmotywował do skrobnięcia jakiejś mini-recenzji. Nie żebym trafiał na same knoty, bo i dobre pozycje także się zdarzały. Co z tego, skoro były to filmy pod różnym kątem „dobre”, ale jakoś emocjonalnie nie potrafiące mnie mocniej poruszyć? Kończąc seans „Cudu w Celi nr 7”, czułem że muszę swoje odczucia przelać „na papier”, chociażby po to, żeby ta dość mało znana, turecka produkcja, nie przemknęła niezauważona, bo byłoby to krzywdzące zarówno dla samego filmu, jak i ze szkodą dla potencjalnych widzów lubujących się w solidnych dramatach.

„Cud w Celi nr 7” jest prawdziwym ewenementem, bo „na papierze” nie prezentuje się zbyt okazale. Sama historia nie jest jakoś specjalnie odkrywcza (opowieści o niesłusznie skazanych osobach było już multum, z genialną „Zieloną Milą” na czele), a jeżeli by się jej przypatrzeć na chłodno, to momentami jest ona dość przewidywalna, naiwna i naciągana (zwłaszcza w środkowej części i na finiszu). Z tym filmem jest jednak jak z pyszną potrawą, która – gdyby się wgłębić w przepis – może i nie składa się z jakichś wykwintnych składników, ale mimo to końcowy efekt wychodzi znakomity. Tutaj kapitalną robotę robi umiejętna gra na emocjach, ponieważ reżyser tak porozkładał wszystkie akcenty, że – może na starość robię się po prostu sentymentalny – ale oglądając tą turecką produkcję, przez większość czasu miałem przysłowiową gulę w gardle i szklące się oczy. Duża w tym też zasługa kapitalnej gry aktorskiej, zwłaszcza głównych bohaterów (ojciec, córka, babcia). Drobne gesty, gra twarzą, spojrzenia… Wszystko to jeszcze bardziej podkręcało emocjonalny rollercoaster, na którym przejażdżkę zafundował mi ten seans. Niesamowite jest też to, że niby domyślałem się w którą stronę to pójdzie i jak też powinno się to zakończyć, a mimo to, wzruszająca opowieść o niesłusznie skazanym na śmierć upośledzonym ojcu i walczącej o niego, rezolutnej córce (świetna, niesamowicie przekonująca rola małej) potrafiła mnie całkowicie pochłonąć i uczuciowo kompletnie rozwalić. Jeżeli samo to nie świadczy o wyjątkowości tej pozycji, to już sam nie wiem co może. Do tego wszystkiego dochodzą świetne zdjęcia (nawet te najprostsze, portretujące bohaterów wraz z ich grą twarzą) i bardzo dobrze dopasowana muzyka, przez co „Cud w Celi nr 7” potrafi urzec widza na wielu płaszczyznach.

Ocena tego filmu będzie w ogromnej mierze zależała od wrażliwości widza. Nie zdziwię się jeżeli ktoś oglądający „bez zaangażowania” nie da się porwać tej historii i stwierdzi, że to tylko kolejna, wtórna produkcja, tylko w bardziej egzotycznym, bo tureckim wydaniu. Warto jednak podejść do „Cudu” z otwartą nie tyle głową, co raczej chyba z otwartym sercem, bo wówczas efekt to prawdziwa emocjonalna bomba, która potrafi widza rozwalić. Dawno żaden film nie zafundował mi tylu wzruszeń i nie pozostawił po seansie z wrażeniem, że „wow, ależ to było dobre!”. Przymykam oko na niedociągnięcia (zwłaszcza te pod kątem realizmu pewnych zdarzeń), bo „Cud” i tak z powodzeniem broni się jako całość. Moja mocno subiektywna ocena: 8/10.

Ocena Autora: 8
Autor: Raven
Zobacz trailer
 
Nowości filmowe - Premiery filmowe
Szukasz serialu - Znajdź serial dla siebie
Katalog filmowy - Katalog z filmami
Szukaj filmu - Znajdź film dla siebie
Kategorie
Bez kategorii

Recenzja filmu: „Nieznany”

  • Tytuł: Nieznany

  • Oryginalny tytuł: El Desconocido

  • Gatunek: Thriller
  • Rok produkcji: 2015
„Carlos (Luis Tosar), pracownik banku, wiedzie wygodne życie rodzinne. Dzień jak co dzień. Carlos podwozi dzieci do szkoły, jednak wsiadając nie zauważa, że samochód jest otwarty. Uruchamia go i rusza. Chwilę później odbiera telefon od anonimowego rozmówcy, stając się ofiarą szantażu. Jeśli nie spełni usłyszanych żądań, szantażysta zdetonuje ładunek wybuchowy, który zainstalował w samochodzie.”

Powiem tak – gdyby mi ktoś tego filmu nie polecił, ominąłbym go zapewne szerokim łukiem, ponieważ mocno sztampowa fabuła nie zwiastowała żadnych fajerwerków, a temat został już zgrany do cna w filmach akcji pokroju „Speed’a”. Jednak rekomendacja koleżanki + wiara w kino hiszpańskie (które obfituje w wiele niedocenianych „perełek”) spowodowała, że postanowiłem zaryzykować i – cholera – nie żałuję!

Już pierwsze minuty filmu „uspokoiły” mnie trochę w kwestii wyboru, bo główną rolę grał tam Luis Tosar, którego pamiętałem z kapitalnie zagranych ról w filmach „Cela 211” i „Słodkich Snów”, tak więc było niemal pewne, ze od strony aktorskiej plamy nie będzie. Tosar nie zawodzi także i tu, bo zdesperowany ojciec w jego wykonaniu wypada bardzo wiarygodnie, a jego gra twarzą (lekkie skojarzenia z Tomem Hardy w bardzo dobrym „Locke”) robi tutaj kapitalną robotę. Przywołanie „Locke” nie jest tu bez przyczyny, bo w „Nieznanym” także większość akcji dzieje się w jednym miejscu (samochód) i w dużej mierze opiera się na telefonicznych rozmowach głównego bohatera z Szantażystą. Przy tego typu oszczędnej fabule, niemal cały ciężar spoczywał na barkach Luisa Tosar i gość udowadnia tutaj, że jego warsztat aktorski to zdecydowanie pierwsza liga (mega-trudno oddać wszystkie emocje, kiedy niemal przez 90% filmu siedzi się wyłącznie „za kółkiem”).

Niby fabuła filmu to typowy „odgrzewany kotlet”, ale kiedy rusza akcja, a szantażowany ojciec, patrzący na wykrwawiającego się syna, jest zmuszany do „biznesowych rozmów telefonicznych” w celu wyciągnięcia od Klientów kasy dla Szantażysty – kopie to widza bardziej niż sceny efektownych pościgów czy strzelanin. Jednak pomimo ducha „niskobudżetówki” unoszącego się nad tą produkcją, trudno nie docenić świetnej strony wizualnej filmu, bo kiedy kamera pokazuje to co się dzieje poza samochodem głównego bohatera, to niektóre ujęcia są prawdziwymi, małymi dziełami sztuki i robią ogromne wrażenie na oglądającym. Bardzo fajny dodatek (widać, ze reżyser chciał dopieścić swoje „dziecko” i nie zaniedbał żadnej sfery) pokazujący pełny profesjonalizm osób odpowiedzialnych za produkcję filmu.

Istotnym i ciekawie przedstawionym elementem „Nieznanego” jest jego główny bohater i aktualna tematyka (coraz bardziej nadwątlone zaufanie społeczeństwa do instytucji finansowych) . Z jednej strony mamy więc dobrego, kochającego ojca, typowego gościa którego „da się lubić”, ale z drugiej strony to facet który jest Dyrektorem Banku i który najprawdopodobniej z pełną świadomością proponował swoim Klientom lipne inwestycje, z dużym prawdopodobieństwem straty… Z jednej więc strony kibicujemy mu mocno, bo walczy o życie swoje i swoich dzieci (uwięzionych z nim w samochodzie-pułapce), a z drugiej – mamy świadomość, że w tej sytuacji znalazł się nie bez powodu, bo po prostu „naciął” o jednego Klienta za dużo… Sam pracuję w finansach i film ten mocno odbieram też przez pryzmat wykonywanej pracy, gdzie często bywa tak, że Klient najpierw chce zarobić więcej i akceptuje podwyższone ryzyko, a później kiedy pojawiają się straty – ma o to pretensje do pracownika, pomimo tego że wcześniej wiedział o ryzyku. Wiem też jednak, że czasem niektórzy pracownicy po prostu bez skrupułów wciskają nieadekwatne produkty danym Klientom (bo plany sprzedażowe „trzeba realizować”) i potrafią z tym później bez problemu żyć (dla najlepszych w tej branży takie pojęcia jak „sumienie” czy „empatia” to czysta abstrakcja), a filmy takie jak „Nieznany” to dobre ostrzeżenie, pokazujące, że czasem któryś z Klientów może zechcieć wziąć sprawiedliwość w swoje ręce i nie zadowoli się wyłącznie skargą do zwierzchnika…

Żeby nie było tak słodko i w samych superlatywach, film wykłada się na finiszu. Niestety wyszło tak, jakby reżyserowi zabrakło jaj żeby zakończyć to z porządnym przytupem. Finał jest banalny i mało realistyczny, co powoduje spory zgrzyt po niemal 1,5h tego mocnego, wciągającego miksu dramatu z thrillerem. Szkoda, bo jak dla mnie to zabrakło tu tej przysłowiowej kropki nad „i”, co pozostawiło jednak lekki niedosyt. Nie zmienia to jednak faktu, że „El Desconocido” to naprawdę solidna, choć mało znana produkcja i warto się nad nią zatrzymać, chociażby dla świetnie budowanego napięcia (kapitalnie oddane uczucie osaczenia. Po prostu przez cały czas czuć, że bohater znalazł się w sytuacji bez wyjścia i życie mu się rozpada), bardzo dobrego aktorstwa czy niezłej strony wizualnej. „Nieznany” to także dobry przykład na to, że nawet z średniej jakości scenariusza da się wiele wycisnąć, jeżeli po drugiej stronie kamery staje reżyser z odpowiednią wizją i zdolnościami, a ekipa aktorska ma umiejętności żeby tą jego „wizję” wiarygodnie widzowi przedstawić. Kino hiszpańskie nadal nie zawodzi. Moja ocena 7/10.
Ocena Autora: 7
Autor: Raven
Zobacz trailer
Nowości filmowe - Premiery filmowe
Szukasz serialu - Znajdź serial dla siebie
Katalog filmowy - Katalog z filmami
Szukaj filmu - Znajdź film dla siebie
Kategorie
Bez kategorii

Recenzja filmu: „Gdzie jest Nancy?”

  • Tytuł: Gdzie jest Nancy?

  • Oryginalny tytuł: Downloading Nancy

  • Gatunek: Dramat / Thriller
  • Rok produkcji: 2008
„Pewnego dnia Albert Stockwell (Rufus Sewell) wraca z pracy do domu i znajduje wiadomość od swojej żony Nancy (Maria Bello). Informuje ona, że wybrała się w odwiedziny do przyjaciół. Po kilku dniach oczekiwania uświadamia sobie, że żona zaginęła. Jego zaniepokojenie rośnie, gdy odkrywa internetową znajomość Nancy z mężczyzną o imieniu Louis Farley (Jason Patric). Co łączy tych dwoje?”

Film jest przerażającym studium depresji spowodowanej samotnością i skłonnościami sado-masochistycznymi, ale po kolei…

Reżyser przedstawił (podobno opartą na faktach) historię małżeństwa Alberta i Nancy – pary która nie potrafi już ze sobą rozmawiać. Nancy określa ich miłości jako wyschnięty, zasuszony kwiat. Uciekający w pracę Mąż, nie zauważa bólu jaki nosi w sobie Nancy. Kobieta jako mała dziewczynka była molestowana przez Wujka, mężczyzna zadawał jej ból mówiąc iż jest to objaw miłości. Także w dorosłym życiu Nancy przejawia skłonności sado-masochistyczne (często tnie się różnymi ostrymi przedmiotami, preferuje brutalne S-M w seksie), nie wyobrażając sobie innej formy miłości. Ona nie umie czuć nic innego poza bólem i odrazą do samej siebie. Nancy myślała iż szczęśliwe małżeństwo uleczy jej ból, a spotkała się tylko z obojętnością ze strony męża.

Pewnego dnia kobieta znika. Albert nie spieszy sie z odszukaniem żony, nie zawiadamia też policji. W tym czasie Nancy spotyka się z poznanym wcześniej przez internet Loisem, który obiecał pomóc jej w „definitywnym rozwiązaniu wszystkich jej problemów”. Powoli zaczynamy zdawać sobie sprawę po co Nancy spotkała się z mężczyzną…

Przyznam szczerze, że film potrafi zmasakrować psychicznie. Postawiłbym go obok takich pozycji jak „Kanibal z Rothenburga”, „Jack Ketchum’s Girl Next Door”, „In a Glass Cage”, czy „Lilija 4-Ever”. W podobny sposób „kopie oglądającego w twarz” i na długo pozostaje w głowie po seansie. Wizja zagubionej, molestowanej w dzieciństwie dziewczyny („Mój wujek kochał się ze mną pierwszy raz kiedy miałam 7 lat. Porozrywał mnie i bardzo bolało, ale wiem, że robił to z prawdziwej miłości! Dlatego, że mnie kochał”, mówi z przekonaniem bohaterka…), która zadaje sobie ból, bo nie zna poza nim niczego innego (na pytanie psychologa dlaczego się tnie, odpowiada: „bo tylko wtedy cokolwiek czuję…”), odrzuconej przez mężczyznę (mąż), który wydawał się być jej ostatnią deską ratunku (i nadzieją na normalne życie) przed pogrążeniem się w szaleństwie, dziewczyny, która osuwa się po równi pochyłej w otchłań psychozy, mknąc w dół, niczym meteoryt na spotkanie z ziemią – nie pozwala przejść obojętnie obok tego obrazu. Jeżeli dodamy do tego bardzo dobrą grę aktorską (zwłaszcza Marii Bello w roli Nancy) i świetną, stanowiącą mroczne dopełnienie obrazu – muzykę (niesamowicie depresyjne i klimatyczne tony), otrzymamy bardzo dobry film, który daje do myślenia i pokazuje jak bardzo można być samotnym nawet wśród innych ludzi oraz jak bardzo można zostać okaleczonym psychicznie przez najbliższe nam osoby. Polecam. Moja ocena 8/10.
Ocena Autora: 8
Autor: Raven
Zobacz trailer
Nowości filmowe - Premiery filmowe
Szukasz serialu - Znajdź serial dla siebie
Katalog filmowy - Katalog z filmami
Szukaj filmu - Znajdź film dla siebie
Kategorie
Bez kategorii

Recenzja filmu: „Marzyciele, czyli potęga wyobraźni”

  • Tytuł: Marzyciele, czyli potęga wyobraźni

  • Oryginalny tytuł: Radio Flyer

  • Gatunek: Dramat
  • Rok produkcji: 1992
„Bracia, Mike (Elijah Wood) i Bobby (Joseph Mazzello) wraz z mamą (Lorraine Bracco) i ojczymem przenoszą się do nowego miasta. Dzieci z sąsiedztwa uważają przybyszów za intruzów. Chłopcy wykorzystując swoją nieograniczoną wyobraźnię, penetrują okolicę w poszukiwaniu przygód. Pewnej nocy Mike zostaje obudzony przez koszmary swojego brata i spostrzega na ciele Bobby’ego liczne siniaki. Okazuje się, że sprawcą pobicia chłopca jest jego ojczym. Mike składa obietnicę, że nie powie mamie o krzywdzie wyrządzanej Bobby’emu. Gdy brutalność rodzica nasila się, bracia wpadają na pomysł zbudowania samolotu, dzięki któremu Bobby będzie mógł uciec przed zadawaną mu przemocą.”

Ten film to prawdziwe zderzenie kontrastów i emocjonalna petarda. Z jednej strony mamy traumatyczny powrót do koszmarów z dzieciństwa (opowieść snuta przez dorosłego Mike’a, granego przez Toma Hanksa), ale z drugiej strony – ta sama podróż do dawnych lat jest mocno sentymentalna i nostalgiczna, bo obfituje w ciepłe wspomnienia dotyczące brata Mike’a, ich wspólną pogoń za dziecięcymi marzeniami, oraz przywoływanie tych chwil kiedy chłopcy byli na prawdę szczęśliwi tak jak to tylko dzieci potrafią być. Ten kontrast na prawdę potrafi człowiekiem wstrząsnąć, bo w jednej chwili oglądamy film niemal przygodowo-familijny w stylu „The Goonies”, aby za chwilę dostać od reżysera prosto między oczy, kiedy ten serwuje nam przerażające motywy rodem z „Chłopięcego Świata”.

Tematyka filmu może nie jest jakaś odkrywcza, bo obrazów o przemocy domowej było już sporo, ale wyżej wspomniane kontrasty, kapitalna gra młodych aktorów (początkujący Elijah Wood już wtedy dawał radę, ale Joseph Mazzello w niczym mu nie ustępuje. Obaj świetnie grają twarzą), nieszablonowe sztuczki reżysera (np. niemal przez cały film nie pokazuje nam wyraźnie twarzy brutalnego ojczyma chłopców, przez co zyskuje on symboliczny wymiar ciemnej strony dzieciństwa nie tylko braci) oraz wieloznaczne zakończenie (pozwalające na 2-3 różne interpretacje, w zależności od podejścia osoby oglądającej) – wszystko to sprawia, że „Radio Flyer” wydaje się być prawdziwą, zakurzoną perełką, która z niewiadomych powodów jest prawie w ogóle nieznana.

To co jeszcze mi się bardzo podobało, to brak pokazanych scen przemocy wobec dzieci. Nie żebym był jakiś specjalnie wrażliwy w tej kwestii, ale reżyser po prostu zaufał inteligencji widza, stawiając na to, że pokazanie samych „efektów” (siniaki itp.) działalności ojczyma-tyrana, w zupełności wystarczy i odpowiednio przemówi do wyobraźni oglądającego. W moim przypadku był to strzał w dziesiątkę, bo choć nie stronię od filmowej brutalności, to tutaj po prostu nie było takiej potrzeby żeby i tak osiągnąć pożądany efekt i wstrząsnąć oglądającym.

Tak się zastanawiam, czym przede wszystkim ujął mnie film Richarda Donnera i dochodzę do wniosku, że przede wszystkim realizmem w pokazaniu dzieciństwa, które niemal nigdy nie jest czarno-białe, a reżyser „Radio Flyer” bardzo sprawnie potrafił pokazać jego tak jasne, jak i te baardzo ciemne strony. Na dokładkę dodał nam Toma Hanksa (dorosły Mike), który snuje swoją opowieść tak, że do końca nie możemy być pewni, czy niektóre zdarzenia miały dokładnie miejsce tak jak w jego opowieści, czy może tylko po prostu chciałby w taki właśnie sposób je zapamiętać. Warto obejrzeć i samemu to ocenić, tym bardziej, że poruszająca opowieść „o chłopcu, który marzył żeby latać” jest z pewnością tego warta żeby nie popaść w całkowite zapomnienie. Moja ocena: 7,5/10.
Ocena Autora: 7.5
Autor: Raven
Zobacz trailer
Nowości filmowe - Premiery filmowe
Szukasz serialu - Znajdź serial dla siebie
Katalog filmowy - Katalog z filmami
Szukaj filmu - Znajdź film dla siebie